poniedziałek, 14 grudnia 2015

Choinkowe DIY

Dzisiaj sprawa prosta jak drut- czyli choinkowe DIY 
Że kocham morze to już wszyscy wiecie, 
nasze mieszkanie jak przystało na nadmorskie m2;
ma w sobie wiele akcentów morskich. 
Tu leżą , a tam wiszą muszelki ,
tutaj gdzie nie gdzie  pufa rybacka,
naturalny sznurek,
tutaj marinistyczne kolory.
Do tego wszystkiego kocham pastele, pastelowy róż, mięta, niebieski.
Jak to wszystko pogodzić na święta?
 U mnie nie będzie czerwieni, ani nadmiaru złota.
Będzie biało, pastelowo i naturalnie.
Przecież morze na gwiazdkę nie znika, 
dalej jest plaża, piasek i muszelki, dalej słychać szum fal  i krzyk mew,
dalej wieje bryza morska.

To właśnie z darów morza, powstała moja DIY choinka.
Patyczki wypukane przez morską wodę i wytarte przez piasek,
 zbieramy na każdym spacerze po plaży, więc tego materiału nie zabraknie.
Jeszcze sznurek naturalny, pistolet do kleju na gorąco, wycięta gwiazdka z sklejki drewnianej.
I bierzemy się do dzieła.


Patyczki trzeba dociąć, moją najlepszą metodą czyli na oko ;)
Cięłam je za pomocą mini frezarki.
Potem ładnie ułożyć i związać choinkę, sznurkiem.
Ja ucięłam dwa kawałki sznurka również na oko,
a potem każdym związywałam inny bok choinki.


Do dwóch powstałych końcówek sznurka, 
przykleiłam na czubku choinki gwiazdkę,


I choinkowe DIY gotowe.
Jeszcze pachnie morską bryzą.



A oto nasz kącik jadalniany,
 nad którym zawisła nasza pierwsza tegoroczna choinka.
To jeszcze nie jest ostateczna świąteczna aranżacja,
gdyż ja uwielbiam wszystko przestawiać, układać i zmieniać..


A skąd czerpałam inspirację?
Z Waszych blogów, gdzie powstawały różne przepiękne choinkowe DIY.
Wyszukałam dla Was także parę innych inspiracji

Te małe choinkowe DIY...


I te duże dla odważnych...



Która Wam najbardziej przypadła do gustu?
Pozdrawiam
C.aro

niedziela, 13 grudnia 2015

Narty jako świąteczna ozdoba- DIY zrób to sam :)

Na początek zrobię się roszczeniowa, a co wolno mi...
Żądam dla Świnoujścia dostępu do gór- nie muszą być to te wysokie Tatry,
 zadowoliłabym się Beskidem albo chociaż Karpatami. 
W zasadzie z jakiej kol wiek góry, ba nawet tylko jej części byłabym zadowolona :)
Tak abym mogła na niej  zanurzyć się po uszy w śnieżnym szaleństwie,
szusować, slalom-ować, czuć tą adrenalin-kę,
 ten podmuch mrożącego wiatru na rozgrzanych policzkach.
Tak zdecydowanie żądam dostępu do gór :)
Bo w Świnoujściu, to jedynie narty biegowe po plaży- może by szło,
albo wodne i to tylko latem.
Jak pogodzić moją miłość do szumu fal i bezkresu morza, do miłości białego szaleństwa?
Macie jakąś recepturę na tą rozterkę?...

Ja jak na razie oprócz zimowych wypadów na narty, nie znalazłam złotego środka...
Więc przyszło zadowolić mi się widokiem samych nart, w moim świątecznym wydaniu naszego m2.

Do takiej aranżacji zostałam natchniona podczas listopadowego pobytu w Zakopanym.
Tam w pewnej Karczmie " Obrochtówka",o której już wcześniej wspominałam,
zobaczyłam takie cudeńka.
I zapragnęłam te cudeńka, trochę w innym design-u w swoim mieszkanku.



Stare narty do tego projektu dostaliśmy od Teściów. 
Najlepiej było by gdyby, owe narty były drewniane. 
Ale aż na takie stare nie mieliśmy widoków.
W naszej garażowej pracowni, bo wypiciu kubka grzańca
 z plasterkami pomarańczy i goździkami,
narty poszły w obroty :)

 

Najpierw dziadek Marian musiał uporać się z przecięciem nart.
Dziadek Marian to nasz nowy nabytek w garażowej pracowni,
zawsze chętny do pomocy, nie krytykuje, stanowi oparcie :)
A oto i on w całej swojej okazałości.


Tak to zabytkowa maszyna-  ręcznej roboty "krajzega"
, którą wykonał św.p dziadek mojego Męża.
I tak tarczową piłę stołową ,zasilaną na silnik jedno fazowy nazwaliśmy- 
Dziadkiem Marianem :)



Później zostało szlifowanie...


Górna powierzchnia nart, szlifowała się bardzo szybko,
wręcz sypała się pod wpływem szlifierki jak proszek.
Zaś dolna część, jest powleczona odporną powłoką,
 którą tylko zmatowiłam, porysowałam pod malowanie.



Za pomocą mojej ukochanej farby olejno-ftalowej białej Śnieżki, pomalowałam narty.
Od góry je tylko pobieliłam,
 a od spodu musiałam nałożyć dwie warstwy farby by zakryć powłokę narty.

Po wyschnięciu nart, namalowałam na nich ołówkiem wzory śnieżek i 
za pomocą mini frezarki wycinałam powolutku śnieżki.
Narta pod pierwszą warstwą deski, miała czarne tworzywo sztuczne do uelastycznienia,
co pozwoliło mi nadać cięciom czarny kolor.


Jeszcze tylko mała obróbka i szlifowanie.


Potem  pomalowałam narty w wytłaczanych miejscach jeszcze raz, 
a w między czasie wycięłam owym frezem z cienkiej sklejki gwiazdkę i renifera.


Obsypałam  złotym brokatem.


Później przykleiłam  klejem na gorąco sznurek naturalny i wycięte wzory.
I oto efekt: końcowy wraz z paroma kadrami na świąteczne wydanie naszego m2.






To by było jak na razie na tyle, tymczasem moi Mili 
C.aro

piątek, 11 grudnia 2015

Kolejna nominacja i kolejny zaszczyt...

Tym razem będzie krótko, zwięźle i na temat...
Tak , moi drodzy potrafię wysłowić się w paru zdaniach :)


Dostaliśmy kolejną nominację do Liebster Blog Award...
od
Bardzo dziękujemy za wyróżnienie i to jeszcze na pierwszym miejscu :)
Ostatnio nominowałam moją szczęśliwą 11 więc pozwólcie , że nie będę się powtarzać.
Już szybciutko odpowiadam na zadane mi pytania:

1. Kim jesteś, pracujesz zawodowo, wychowujesz dzieci, prowadzisz firmę?
Jestem po prostu sobą , marzycielką, staromodną kobietką,  
żoną, trochę hipiską , jeszcze nie mamą.
Zawodowo pracuję jako Opiekunka medyczna 
w domu Opieki nad Osobami chorymi, starszymi i Niepełnosprawnymi.
2.Dlaczego założyłaś bloga?
Bardzo emocjonalne dla mnie pytanie.
 Blog i cała idąca za nim twórczość jest zapełnieniem pustki i
wirem w jaki wpadłam po utracie mojej Babci.
Bowiem to ona zaszczepiła we mnie tą pasję:)
 Moje prace i małe dzieła to prywatna rozmowa właśnie z nią.
3.Jaki jest Twój ulubiony film?
,,W pogoni za szczęściem"
i pozwolę sobie przywołać cyta z tego filmu:
...Nie daj sobie nigdy wmówić , że czegoś nie potrafisz. (...) Masz jakieś marzenie- spełnij je.
Ludzie mówią, że się nie da, kiedy sami czegoś nie potrafią.
Chcesz czegoś, to walcz.
4.Czego się boisz?
Boję się tylko złych czynów do których jest zdolny drugi człowiek.
5.Jakie jest Twoje największe marzenie?
Haha zabrzmi to banalnie ale Pokój i miłość dla wszystkich :)
6.Kawa czy herbata?
Kawa o poranku, taka z dużą ilością mleka , którą podają mi ciepłe ręce mojego męża,
niezbyt dobra kawa z bardzo dużą ilością mleka , w pracy na przerwie z kolegami- chwila wytchnienia.
Kawoszka ze mnie.
7.Ranny ptaszek, czy późny Mark?
Ranny Ptaszek :) do pracy wstaję o 4.30,
 a jak mam wolne to mówię, że teraz się wyśpię... 
Tak, tak wstaję  góra o 7.
Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje ,moi mili :)
8.Co lubisz robić w wolnym czasie?
Widać to na moim blogu- lubię się brudzić w farbach i pyle drewna. 
Lubię się inspirować, odkrywać i przemierzać.
9.Dokąd chciałabyś pojechać?
Do Australii, Toskanii, Szwecji, Norwegi i Dani :)
A najlepiej przemierzać te lądy Camp-erem, takim w kwiatki i pacyfki.
10.Czy i jakie masz zwierzę w domu?
Dwa buldogi francuskie :) Moje córeczki ? ! :D
11.Czy jest czego Nie-lubisz w blogowaniu?
Jak na razie nie ma ...

Pozdrawiam z mojego garażowego
Atelier w którym się urlopuję
 C.aro 

czwartek, 10 grudnia 2015

Małżeństwo w podróży cz.II

"Hej, siup, hop góralszczyzna daje kopa !"


A my tu mamy Niebo...
a my tu mamy Niebo.


Niedawno wybraliśmy się na nasz długo wyczekiwany
URLOP...
Urlop w Listopadzie, w polskich górach.
Powiecie zwariowałam, a co z deszczami, co w ogóle tam robić?
Po szlakach się nie pochodzi bo szybko się ściemnia, deszcz, "chlupa", 
ogólnie złe warunki  i to w szczególności dla nie doświadczonych Taterników. 
Na narty też nie, bo za wcześnie, jeszcze śniegu nie ma.
I do tego wszystko, jeszcze drogo. 
Już lepiej za granice, wakacje All Inclusive- taniej wyjdzie i pogoda będzie sprzyjać. 

No tak, tak może postąpił by zwykły Kowalski.
 Ale nie my, my szaraczkami nie jesteśmy,
 my kochamy odkrywać,przemierzać i łamać stereotypy.

Więc padło na 
ZAKOPANE...
Jednak najpierw zakopaliśmy się po uszy w problemach 
związanych z naprawą samochodu.
Teście zawsze powtarzają, nie odkładajcie nic na ostatnią chwilę.
Ale kto by tam rodziców słuchał. 
Już myśleliśmy, że z wyjazdu nici, że widocznie Bóg tak chciał.
 Być może chroni nas od czegoś złego, na przykład niedźwiedzicy brunatnej , 
która spacerowała w owym czasie po  centrum Zakopanego  w raz z swoimi młodymi. 
Auto naprawili, lecz jego dawna instalacja gazowa wymagała kosztownej operacji.
Bez gazu mam jechać? Tak daleko, na benzynie? Z Świnoujścia?
Kiedyś powiedziałabym wariactwo.

Wariactwo stało się mą dewizą :)
Spakowaliśmy siebie i nasze dwa Buldożki francuskie.
Nie mam pojęcia jak ludzie latają samolotami  na urlopy i 
są w stanie spakować się do jednej walizeczki.
My mieliśmy zapakowane całe auto po brzegi:)
Pojechaliśmy  i o dziwo dojechaliśmy.
Auto zdało kolejny egzamin, choć przydałoby mu 
wybrać się już na zasłużoną emeryturę.

Wcześniej zarezerwowane lokum, okazało się cholernie zimne. 
Gdyż no cóż, właścicielki domu postanowiły zaoszczędzić na ogrzewaniu ,
skoro po sezonie i turystów mało. 
Co pozostało? Trzeba było dużo grzańca pić, miodu pitnego i jakoś się przetrwało:)
Zapobiegawczo wzięliśmy z sobą  mały grzejni-czek na prąd- co tłumaczy
między innymi zapakowane auto po brzegi :)
Cóż skąpstwo wynajemcą nie popłaciło- dowiedzą się o tym, gdy
przyjdzie im płacić rachunek za prąd...


Chociaż pogoda nam sprzyjała- była wymarzona.
Deszcze nie padały, nie wiało za mocno i słoneczko piękne świeciło.
Więc od razu postanowiliśmy wybrać się na jakieś szlaki. 
Miało być na spokojnie, bo nie jesteśmy doświadczeni,
ale jak się widzi do o koła takie widoki, to serce aż się rwie.
Pierwszego dnia zdobyliśmy z naszymi pieskami Gubałówkę. 
Widzieliście kiedyś buldogi francuskie na szlaku?
Zakopiańczycy chyba nigdy nie widzieli takich dziwactw, bo ich reakcje nas zaskoczyły.
Patrzeli się na nas jakbyśmy byli jakimiś ufoludkami,
 albo wiecie takim wielkim Państwem z wielkiego miasta:)


Pieski dały radę, wspięły się na Gubałówkę,  stamtąd poszliśmy na Butorowy Wierch i 
z niego dosłownie sturlaliśmy się do doliny Kościelisko.
 Oczywiście moje czteronożne Taterniczki też :)
Policzyliśmy,że przeszliśmy około 10 km. 
Pieski następnego ranka miały zakwasy,tak, nawet siku było im ciężko wyjść . 
W sumie wyszło to na dobre, bo do końca urlopu leżały sobie grzecznie całymi dniami w ciepłym łóżeczku
 a my mogliśmy mieć wychodne, bez ich smutnych ocząt przy naszym wyjściu.

Po takiej eskapadzie naszła nas gorączka zdobywania
która rozpoczęła się jak wjechaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch,
 a tam poznaliśmy ludzi, którzy zachęcili nas do drogi powrotnej przez przełęcze i kopy :)
A co tam lód, śnieg i brak doświadczenia.
 Ryzyko i przygoda, którą bym powtórzyła bez wahania jeszcze raz.

W górach czuję się bliżej Boga, czuję , że cały Świat leży u moich stup
i tylko ja sama stanowię dla siebie przeszkodę w jego przemierzaniu i celebrowaniu życia. 


   

 

Po Kasprowym przyszedł czas na podejścia do Doliny Pięciu Stawów Polskich ,
próbowaliśmy dwa razy:) 
Na szlakach zauważyłam pewną właściwość, 
spotykani ludzie mijali nas słowami :cześć, dzień dobry ,ahojcie. 
A gdy tylko wyszliśmy np. na asfaltówkę prowadzącą do morskiego oka,
 to przestali nas pozdrawiać.
Mąż powiedział, że  to takie górskie survival-owe nastawienie. 
Trzeba być miłym, bo nigdy się nie wie, co się przydarzy i na kogo będzie trzeba liczyć.
 A gdy tylko ludzie poczują się bezpiecznie- to przestają , przestają być mili.
Smutne lecz prawdziwe.

 



W Tatrach się rozkochaliśmy
pamiętam jak byłam na tych szlakach w wieku 7 lata oczywiście latem.
Nie wiem, czemu tak długo tam wracałam.
Oprócz Tatr urzekła nas także architektura Zakopiańska- styl witkiewiczowski 






                             











Po tych wszystkich górskich wyprawach ma się ogromny apetyt, 
stołowaliśmy się w 100 letnim domu- Karczma Obrochtówka.
Kelner po paru dniach przyszedł i powiedział:
-tak jak zwykle? Na początek miód Pitny. A potem grzaniec.
Oprócz wyśmienitych trunków, było tam nieziemskie jedzenie i atmosfera.
Właśnie tam uczułam moc inspiracji.



W drodze powrotnej zajechaliśmy do teściów po stare narty.
 I tak zabraliśmy się do roboty, w naszej garażowej pracowni.

Ale o tym później...
Tymczasem Miłego C.aro