czwartek, 10 grudnia 2015

Małżeństwo w podróży cz.II

"Hej, siup, hop góralszczyzna daje kopa !"


A my tu mamy Niebo...
a my tu mamy Niebo.


Niedawno wybraliśmy się na nasz długo wyczekiwany
URLOP...
Urlop w Listopadzie, w polskich górach.
Powiecie zwariowałam, a co z deszczami, co w ogóle tam robić?
Po szlakach się nie pochodzi bo szybko się ściemnia, deszcz, "chlupa", 
ogólnie złe warunki  i to w szczególności dla nie doświadczonych Taterników. 
Na narty też nie, bo za wcześnie, jeszcze śniegu nie ma.
I do tego wszystko, jeszcze drogo. 
Już lepiej za granice, wakacje All Inclusive- taniej wyjdzie i pogoda będzie sprzyjać. 

No tak, tak może postąpił by zwykły Kowalski.
 Ale nie my, my szaraczkami nie jesteśmy,
 my kochamy odkrywać,przemierzać i łamać stereotypy.

Więc padło na 
ZAKOPANE...
Jednak najpierw zakopaliśmy się po uszy w problemach 
związanych z naprawą samochodu.
Teście zawsze powtarzają, nie odkładajcie nic na ostatnią chwilę.
Ale kto by tam rodziców słuchał. 
Już myśleliśmy, że z wyjazdu nici, że widocznie Bóg tak chciał.
 Być może chroni nas od czegoś złego, na przykład niedźwiedzicy brunatnej , 
która spacerowała w owym czasie po  centrum Zakopanego  w raz z swoimi młodymi. 
Auto naprawili, lecz jego dawna instalacja gazowa wymagała kosztownej operacji.
Bez gazu mam jechać? Tak daleko, na benzynie? Z Świnoujścia?
Kiedyś powiedziałabym wariactwo.

Wariactwo stało się mą dewizą :)
Spakowaliśmy siebie i nasze dwa Buldożki francuskie.
Nie mam pojęcia jak ludzie latają samolotami  na urlopy i 
są w stanie spakować się do jednej walizeczki.
My mieliśmy zapakowane całe auto po brzegi:)
Pojechaliśmy  i o dziwo dojechaliśmy.
Auto zdało kolejny egzamin, choć przydałoby mu 
wybrać się już na zasłużoną emeryturę.

Wcześniej zarezerwowane lokum, okazało się cholernie zimne. 
Gdyż no cóż, właścicielki domu postanowiły zaoszczędzić na ogrzewaniu ,
skoro po sezonie i turystów mało. 
Co pozostało? Trzeba było dużo grzańca pić, miodu pitnego i jakoś się przetrwało:)
Zapobiegawczo wzięliśmy z sobą  mały grzejni-czek na prąd- co tłumaczy
między innymi zapakowane auto po brzegi :)
Cóż skąpstwo wynajemcą nie popłaciło- dowiedzą się o tym, gdy
przyjdzie im płacić rachunek za prąd...


Chociaż pogoda nam sprzyjała- była wymarzona.
Deszcze nie padały, nie wiało za mocno i słoneczko piękne świeciło.
Więc od razu postanowiliśmy wybrać się na jakieś szlaki. 
Miało być na spokojnie, bo nie jesteśmy doświadczeni,
ale jak się widzi do o koła takie widoki, to serce aż się rwie.
Pierwszego dnia zdobyliśmy z naszymi pieskami Gubałówkę. 
Widzieliście kiedyś buldogi francuskie na szlaku?
Zakopiańczycy chyba nigdy nie widzieli takich dziwactw, bo ich reakcje nas zaskoczyły.
Patrzeli się na nas jakbyśmy byli jakimiś ufoludkami,
 albo wiecie takim wielkim Państwem z wielkiego miasta:)


Pieski dały radę, wspięły się na Gubałówkę,  stamtąd poszliśmy na Butorowy Wierch i 
z niego dosłownie sturlaliśmy się do doliny Kościelisko.
 Oczywiście moje czteronożne Taterniczki też :)
Policzyliśmy,że przeszliśmy około 10 km. 
Pieski następnego ranka miały zakwasy,tak, nawet siku było im ciężko wyjść . 
W sumie wyszło to na dobre, bo do końca urlopu leżały sobie grzecznie całymi dniami w ciepłym łóżeczku
 a my mogliśmy mieć wychodne, bez ich smutnych ocząt przy naszym wyjściu.

Po takiej eskapadzie naszła nas gorączka zdobywania
która rozpoczęła się jak wjechaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch,
 a tam poznaliśmy ludzi, którzy zachęcili nas do drogi powrotnej przez przełęcze i kopy :)
A co tam lód, śnieg i brak doświadczenia.
 Ryzyko i przygoda, którą bym powtórzyła bez wahania jeszcze raz.

W górach czuję się bliżej Boga, czuję , że cały Świat leży u moich stup
i tylko ja sama stanowię dla siebie przeszkodę w jego przemierzaniu i celebrowaniu życia. 


   

 

Po Kasprowym przyszedł czas na podejścia do Doliny Pięciu Stawów Polskich ,
próbowaliśmy dwa razy:) 
Na szlakach zauważyłam pewną właściwość, 
spotykani ludzie mijali nas słowami :cześć, dzień dobry ,ahojcie. 
A gdy tylko wyszliśmy np. na asfaltówkę prowadzącą do morskiego oka,
 to przestali nas pozdrawiać.
Mąż powiedział, że  to takie górskie survival-owe nastawienie. 
Trzeba być miłym, bo nigdy się nie wie, co się przydarzy i na kogo będzie trzeba liczyć.
 A gdy tylko ludzie poczują się bezpiecznie- to przestają , przestają być mili.
Smutne lecz prawdziwe.

 



W Tatrach się rozkochaliśmy
pamiętam jak byłam na tych szlakach w wieku 7 lata oczywiście latem.
Nie wiem, czemu tak długo tam wracałam.
Oprócz Tatr urzekła nas także architektura Zakopiańska- styl witkiewiczowski 






                             











Po tych wszystkich górskich wyprawach ma się ogromny apetyt, 
stołowaliśmy się w 100 letnim domu- Karczma Obrochtówka.
Kelner po paru dniach przyszedł i powiedział:
-tak jak zwykle? Na początek miód Pitny. A potem grzaniec.
Oprócz wyśmienitych trunków, było tam nieziemskie jedzenie i atmosfera.
Właśnie tam uczułam moc inspiracji.



W drodze powrotnej zajechaliśmy do teściów po stare narty.
 I tak zabraliśmy się do roboty, w naszej garażowej pracowni.

Ale o tym później...
Tymczasem Miłego C.aro

4 komentarze:

  1. ależ piękne widoczki :) miło tu u Ciebie :) pozdrawiam elwira-art

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za docenienie moich kadr i atmosfery, którą staram się tworzyć. Zapraszam częściej :)

      Usuń
  2. Wiem o czym piszesz ponieważ tak jak ty uwielbiam polskie Tatry, dwa lata temu spędziłam w Zakopanem swieta i mroźna pogoda nie zniechęciła mnie i moją Szaloną rodzinkę by pokonywać górskie szlaki:-)
    Ciekawy blog , chętnie do ciebie zaglądam poniewaz zainspirowałaś mnie swymi pomysłami.
    Pozdrawiam Grażyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że jest więcej miłośników Tatr :) Święta w Zakopanem to dopiero coś... faktycznie szaleni jesteście- aby w Grudniu szlaki pokonywać :) Miło mi, że to co robię Cię inspiruje, jestem zaszczycona. Pozdrawiam

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny i poświęcony czas.
Jeśli podoba Ci się to co robimy to bardzo będzie mi miło,
jak pozostawisz po sobie jakiś ślad...